poniedziałek, 3 września 2012

Paper Mill


Gdy przyjechałam do mojego miasteczka, na horyzoncie z prawie każdego miejsca było widać dwa kominy. Jakoś tak szybko się z nimi zaprzyjaźniłam, w szczególności mój aparat, iż uznałam je za swoistą ozdobę miasta.
Kominy należały do starej nie działającej już fabryki papieru. Widok okrutny, walące się magazyny, wszechobecny bród i wiszące w powietrzu przeświadczenie, że niegdyś ten zakład był zapewne głównym pracodawcą tego uroczego miejsca. Jedynie te kominy, wtapiały się w widok niczym stare drzewo, które zakorzeniło się już na stałe. I jako jedyne w tym całym rozgardiaszu nie odstraszały.

Pewnego poranka, pijąc moją ulubioną kawę w moim ulubionym kubku czytając miejscową prasę, dowiedziałam się, że mój ulubiony punkt programu mego miasta pójdzie z dymem. Z racji tego, iż groziły zawaleniem postanowiono je wyburzyć, czyniąc z tego miejscową atrakcję. Ogłoszono nawet konkurs pt „Push tish button”.
Dniem ostatecznym był poranek pewnej niedzieli. W najlepszym miejscu widokowym zebrało się mnóstwo ludzi, którzy na własne oczy postanowili zobaczyć jak część miasta, która dla niektórych stała tu całe życie pójdzie z dymem.

Nie wiem czego w sumie się spodziewałam. Wielkiej eksplozji, tumanu kurzu, latających odłamków – myślałam, że skoro pisały o tym wszystkie gazety, na wyburzanie zaproszono mieszkańców to zrobią z tego miejscowe showJ Niestety nic bardziej mylnego.
O czasie „zero” nastąpił huk i w ciągu zaledwie kilku sekund kominy leżały już na ziemi, jedynie pozostało po nich trochę kurzu. Nic nadzwyczajnego, jednocześnie niezwyczajnego, ponieważ niecodziennie ogląda się takie wydarzenia.
Tubylcy chyba odnieśli podobne wrażenia jak moje, ponieważ było słychać w około „czy to już?”, „to wszystko”…..nieliczni tylko skomentowali cały ten spektakl: „to naprawdę już koniec”…






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz