Gdy przyjechałam do mojego
miasteczka, na horyzoncie z prawie każdego miejsca było widać dwa kominy. Jakoś
tak szybko się z nimi zaprzyjaźniłam, w szczególności mój aparat, iż uznałam je
za swoistą ozdobę miasta.
Kominy należały do starej
nie działającej już fabryki papieru. Widok okrutny, walące się magazyny,
wszechobecny bród i wiszące w powietrzu przeświadczenie, że niegdyś ten zakład
był zapewne głównym pracodawcą tego uroczego miejsca. Jedynie te kominy,
wtapiały się w widok niczym stare drzewo, które zakorzeniło się już na stałe. I
jako jedyne w tym całym rozgardiaszu nie odstraszały.
Pewnego poranka, pijąc
moją ulubioną kawę w moim ulubionym kubku czytając miejscową prasę,
dowiedziałam się, że mój ulubiony punkt programu mego miasta pójdzie z dymem. Z
racji tego, iż groziły zawaleniem postanowiono je wyburzyć, czyniąc z tego
miejscową atrakcję. Ogłoszono nawet konkurs pt „Push tish button”.
Dniem ostatecznym był
poranek pewnej niedzieli. W najlepszym miejscu widokowym zebrało się mnóstwo
ludzi, którzy na własne oczy postanowili zobaczyć jak część miasta, która dla
niektórych stała tu całe życie pójdzie z dymem.
Nie wiem czego w sumie się
spodziewałam. Wielkiej eksplozji, tumanu kurzu, latających odłamków – myślałam,
że skoro pisały o tym wszystkie gazety, na wyburzanie zaproszono mieszkańców to
zrobią z tego miejscowe showJ Niestety nic bardziej mylnego.
O czasie „zero” nastąpił
huk i w ciągu zaledwie kilku sekund kominy leżały już na ziemi, jedynie
pozostało po nich trochę kurzu. Nic nadzwyczajnego, jednocześnie
niezwyczajnego, ponieważ niecodziennie ogląda się takie wydarzenia.
Tubylcy chyba odnieśli
podobne wrażenia jak moje, ponieważ było słychać w około „czy to już?”, „to
wszystko”…..nieliczni tylko skomentowali cały ten spektakl: „to naprawdę już
koniec”…





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz